niedziela, 10 maja 2015

Krok szósty - by rozsądek i spryt spotkały się po raz pierwszy.

Draco leżał na ziemi, kląc w myślach na czym świat stoi. Był naprawdę wściekły, głównie z powodu własnej niewiedzy.
Nie potrafił przypomnieć sobie, jak właściwie doszło do tego, że jego arystokratyczne cztery litery gruchnęły o ziemię. No bo niedopuszczalna była dla niego myśl, że stało się to za sprawą Weasleya, że to właśnie ON go pokonał. Ale czy było inne wytłumaczenie dla zaistniałej sytuacji?
Wspomnienia z minionego pojedynku wracały do niego pod postacią obrazów. Czuł, jak bliski zwycięstwa był, co tylko potęgowało jego złość, ale cieszył się, że wreszcie znalazł rozwiązanie dręczącej go zagadki.
Miał ochotę wstać i z rozpędu rąbnąć czołem w najbliższą ścianę ze wstydu i z bezsilności.
Jesteś idiotą, Malfoy — zwrócił się do siebie w myślach. — Atakujesz Łasica naprawdę silną formą magii, a sam nie potrafisz obronić się przed zwykłym zaklęciem petryfikującym. No po prostu czapki z głów.
Przypomniał sobie własną nieuwagę, to, że był zbyt pewny zwycięstwa. Ale kto nie byłby pewien swojej przewagi, mając za przeciwnika kogoś o jeszcze mniejszej liczbie szarych komórek niż u Longbottoma?
Draco obiecał sobie, że jeszcze się odwdzięczy. Za co? Za upokorzenie, za tę chwilę słabości, za satysfakcję w oczach Weasleya...
No cóż. Zawsze to jakiś powód, by uprzykrzyć życie kolejnej marnej istocie.
***
Dopiero kiedy Dumbledore machnął różdżką, cofając efekt zaklęcia Rona, Ślizgon był w stanie podnieść się z ziemi. Chłopak uparł się, by zrobić to samodzielnie.
— Chcę zakończyć ten pojedynek z należytym honorem. Zgodnie z zasadami, walka trwa, póki któryś z nas nie wytrąci drugiemu różdżki. A tak się składa, że swoją trzymam w dłoni — oznajmił, posyłając Gryfonowi wyzywające spojrzenie i szybko machnął trzymanym w dłoni magicznym kijkiem, a różdżka Ronalda Weasleya wyleciała w powietrze.
Wówczas pojedynek się zakończył. Nikt nie śmiał kwestionować zwycięstwa Dracona. Takie były zasady.
Na trybunach Slytherinu rozległy się wiwaty na cześć mężnego Smoka, ich chluby i radości. Wszyscy byli pewni, że Malfoy zmiażdży swoich przeciwników, co - jak zawsze - skończy się mega imprezą w ich Pokoju Wspólnym.
***
Kiedy emocje po minionym pojedynku nieco opadły, do walki przystąpiły reprezentantki Hufflepuffu i Ravenclawu. Hanna, choć dobrze wyszkolona, nie była w stanie pokonać Luny, która odbijała wszystkie jej zaklęcia z rozmarzonym wyrazem twarzy. Pojedynek zakończył się zwycięstwem Krukonki, czego zresztą wszyscy się spodziewali.
Kolejne starcia również nie należały do specjalnie pasjonujących: Ron pokonał Hannę, Dafne pokonała Lunę, która z kolei zwyciężyła w walce z Erniem Macmillanem i przegrała z Marcusem Belbym ze swojego domu.
***
Hermiona przyglądała się wszystkim tym pojedynkom, nie kryjąc ciekawości. Szczerze interesowała się każdą walką, chcąc odnaleźć w niej "klucz do sukcesu", będący podpowiedzią na pokonanie przeciwnika.
Największy problem miała jednak z rozpracowaniem taktyki Malfoya, który z każdą wygraną potyczką utwierdzał ją w przekonaniu, że będzie miała z nim ciężką przeprawę, bowiem Ślizgon spontanicznie podejmował decyzje o rzucanych przez siebie zaklęciach.
Ach, jak bardzo chciała go pokonać!
***
Pierwsze walki nie były dla Hermiony żadnym problemem. Momentalnie wtrącała różdżki z rąk swoich przeciwników, zbytnio się przy tym nie trudząc. Jedno czy dwa małe zaklęcia i było po wszystkim...
Do czasu.
Największy problem sprawiły jej bowiem ostatnie pojedynki.
***
Stając naprzeciwko Dafne Greengrass myślała, że pójdzie jak z płatka. Nie spodziewała się jednak, że jej przeciwniczka, jak na prawdziwą Ślizgonkę przystało, nie zamierza grać fair.
Pierwsze ataki były spokojne, niezbyt wyszukane, jakby każda z nich chciała sprawdzić, być może nawet uśpić, czujność swojej rywalki.
Dafne jednak szybko zaczęła się niecierpliwić. Jej ataki zaczęły być coraz silniejsze, a Hermiona, chcąc nie chcąc, musiała przestać się z nią bawić.
Kiedy tylko się do niej zbliżyła, zrozumiała, że popełniła błąd, bowiem Ślizgonka tylko na to czekała.
— Nigdy nie będziesz dość dobra, by mnie pokonać, Granger — syknęła, pilnując by te słowa dotarły jedynie do uszu Gryfonki. — Bo tak samo, jak szlama zawsze będzie szlamą, tak samo jej krew nigdy nie będzie bardziej magiczna od mojej. Zwyciężę na każdym polu, jeszcze się o tym przekonasz.
I wtedy w Hermionie coś pękło.
Zaczęła miotać w Greengrass coraz to bardziej wyszukanymi zaklęciami, wyrzucając swojej przeciwniczce wszystkie żale, jakie nagromadziły się w jej sercu przez lata ciągłych obelg i bezpodstawnej krytyki.
Wszystko to działo się tak szybko, że postronny obserwator nie był w stanie zrozumieć, co właściwie się dzieje. Wyraźnie widać było jednak to, jak Gryfonka porusza ustami, rzucając kolejny czar.
Dafne była bezsilna. Zaczęła cofać się z wyrazem przerażenia na twarzy.
— A to za te wszystkie docinki dotyczące mojej krwi, jakich miałam okazję słuchać z twoich ust przez te wszystkie lata! — krzyk panny Granger echem potoczył się po boisku.
Wszyscy przyglądali się walczącym dziewczętom, starając się rozpoznać własne emocje.
— Wystarczy, Hermiono! — zawołał Harry, widząc stan swojej przyjaciółki. — Nie pozwól, by chęć zemsty przejęła nad tobą kontrolę!
Gryfonka mrugnęła, jakby wzbudzając się z transu. Zaklęciem wytrąciła różdżkę z dłoni Dafne, po czym opuściła swój magiczny atrybut i opadła na kolana.
Jak mogłam do tego dopuścić? Uznają mnie za wariatkę — wyrzucała sobie w myślach, pozwalając, by samotna łza spłynęła jej po policzku.
Kiedy uniosła głowę, rozległy się zarówno brawa jak i pomruki niezadowolenia. Każdy na swój sposób chciał skomentować to, co wydarzyło się przed chwilą.
Jak by nie było, Hermiona Granger kilkoma ruchami nadgarstka nie na żarty przeraziła Dafne Greengrass.
***
Kolejnym przeciwnikiem, z jakim musiała zmierzyć się Gryfonka, był Ronald Weasley.
Nie bała się jego umiejętności — zawsze lepiej radziła sobie w trakcie pojedynków — ale obawiała się, że chłopak weźmie przykład z koleżanki Ślizgonki i zacznie  dekoncentrować ją wywodami na temat przewagi, jaką rzekomo daje mu czysta krew.
Nic takiego się jednak nie stało. Ron zachował się dosyć porządnie, oczywiście nie biorąc pod uwagę spojrzeń, które bezustannie posyłał swojej byłej dziewczynie — one pozostawiały wiele do życzenia.
No ale czy można mieć wszystko?
A Hermiona potrafiła odwdzięczyć mu się za tak otwarte okazywanie uczuć - machnęła różdżką, zawieszając go na jednej z pętli do Quidditcha. Dopiero wtedy pozbawiła go magicznego atrybutu.
Nie przeszkadzał jej nawet krzyk Rona, mówiący, że będzie musiała odkupić mu identyczny sweter.
Wszyscy uczniowie ryknęli śmiechem na wyznanie Weasleya. Nawet Hermiona lekko się uśmiechnęła.
Wiedziała jednak, że czeka ją najgorsze starcie.
Dam radę — obiecała sobie w myślach. — Nie dam się sprowokować.
***
Draco ciekawy był, co takiego stanie się, kiedy stawi się go do walki z Granger. Wiedział, że Gryfonka ma naprawdę bogaty arsenał zaklęć, co więcej — mógł założyć się o swoją najnowszą miotłę, że czarów tych wystarczyłoby na wytapetowanie całego Hogwartu i wydanie dziesięciotomowego cyklu książek kucharskich dla zdesperowanych czarownic.
Uraczył ją wyzywającym uśmieszkiem, kiedy tylko zbliżyła się do niego z myślą rozpoczęcia pojedynku.
— Nawet nie próbuj mnie podpuszczać. Już wiesz, że w dalszym ciągu potrafię się bronić — mruknęła, widząc jego minę.
— Nie zamierzam. Za kogo ty mnie masz? Wiem, czym jest honor.
— Nie wydaje mi się, ale mniejsza o to. Mam okazję, by wreszcie ci się odwdzięczyć.
— Tylko nie zrób powtórki z pojedynku z Greengrass, bo zacznę poważnie się ciebie bać.
— I słusznie — warknęła Hermiona w odpowiedzi.
Draco spojrzał na nią z rozbawieniem mieszanym z pogardą, po czym odszedł na swoje miejsce.
— Jeszcze ci pokażę, Granger — mruknął pod nosem, oczekując pierwszego ataku Gryfonki.
Nie musiał długo czekać. Zaklęcie niewerbalne poleciało w jego stronę, jednak odbiło się od wyczarowanej przez niego magicznej ochrony. Raz. Drugi. Trzeci.
Na twarzy Ślizgona pojawił się kpiący uśmiech, kiedy za czwartą próbą jego przeciwniczka oblała się rumieńcem wściekłości.
Dziewczyna szybko przejrzała jego grę. Pozwoliła, by pomyślał, że ma przewagę. W jej głowie pomału kreował się plan, jak wygrać pojedynek z Draconem Malfoyem w sposób tak wyrafinowany, że jeszcze mu w pięty pójdzie.
Nie wiedziała tylko, że blondyn postawił sobie podobny cel.
Chwilę później w powietrzu latały różne podstawowe zaklęcia. Zebrani na błoniach uczniowie po raz kolejny nie byli w stanie zrozumieć, czego są świadkami. W jednej chwili Malfoy oberwał Tarantallegrą i zaczął tańczyć, a Hermiona została zalana strumieniem zimnej wody, wywołanym zaklęciem Aguamenti.
Oboje mogli śmiało przyznać, że dawno tak dobrze się nie bawili. Pamiętali jednak, że powinien to być poważny pojedynek poważnych młodych ludzi.
W tej samej chwili rzucili dość silne zaklęcie rozbrajające, co skończyło się tym, że odrzuciło ich do tyłu. Różdżki same wyleciały im z rąk.
— Można powiedzieć, że mamy remis, Granger! — krzyknął Draco, śmiejąc się jak małe dziecko. — Ale i tak byłem lepszy!
— Chciałbyś — mruknęła Gryfonka, podnosząc się z ziemi i ocierając łzy rozbawienia.
— Ten pojedynek przejdzie do historii. W końcu to ja byłem jego uczestnikiem.
— Tak, tak. Ten twój taniec powinien ktoś nagrać. Byłeś naprawdę zabawny. Myślałeś o tym, żeby zostać tancerzem, Malfoy? — uśmiechnęła się kpiąco.
— Ależ oczywiście! Może mi pomożesz, moja szlamowata koleżanko? Twoje zaklęcia były niezwykle wyszukane. Przy odrobinie szczęścia odniesiemy sukces.
— Co ty brałeś? — zapytała, zastanawiając się nad dziwnym zachowaniem blondyna.
— Nic nie brałem! — wyrzucił ręce w powietrze.
— To chyba czas iść terapię. Serio, Malfoy, zaczynam jeszcze bardziej martwić się o twoje zdrowie psychiczne.
— Ty się o mnie martwisz, Granger? Jakież to urocze! — zaśmiał się.
— Zamknij się, idioto! — syknęła, uderzając go w ramię.
— Ale mnie nie bij! Co ja ci znowu zrobiłem? — jęknął, masując obolałe miejsce.
— W ciągu ostatnich kilku sekund zużyłeś wystarczająco dużo tlenu, żebym mogła stwierdzić, że żyjesz i oddychasz, a za samo to powinni zamknąć cię w Azkabanie.
Ślizgon już otwierał usta, żeby rzucić jakąś ciętą ripostą, jednak w porę uprzedził go Dumbledore.
— Uwaga! — krzyknął, a wszystkie twarze zwróciły się ku niemu. — Grono pedagogiczne podjęło decyzję. Wiadomo już, kto reprezentować będzie Hogwart. Proszę, aby reprezentanci ustawili się w jednym szeregu.
Tak też zrobili, z niecierpliwością oczekując wyniku swoich potyczek.
— Na początku chciałbym wszystkim wam pogratulować — zwrócił się do nich dyrektor. — Wszyscy przeszliście tę próbę. Wybór paść musiał jednak tylko na dwoje reprezentantów o odmiennej płci. Żeby nie przedłużać, reprezentantem naszej szkoły zostaje...
W tej chwili Ron Weasley wystąpił z szeregu, pusząc się jak paw.
— PAN MALFOY!
Trybuny Slytherinu zapłonęły wiwatami. I jak prawdziwa rodzina, Ślizgoni jednym głosem zaczęli śpiewać:
Draco jest naszym królem,
Co różdżkę zamiast berła ma,
Więc zaśpiewajmy chórem:
Malfoy na czarach się zna!
Draco jest naszym królem,
Na miotle przez błonia gna,
Więc zaśpiewajmy chórem:
Slytherin pociechę w nim ma!
Draco jest naszym królem,
Zaklęcia on dobrze zna,
Więc zaśpiewajmy chórem:
Hogwart reprezentanta już ma!*
Kiedy głosy wreszcie umilkły, Malfoy posłał im buziaka.
— Nie ma co, Slytherin znowu pokazał klasę — mruknęła Hermiona niechętnie.
— Przyzwyczajaj się, Granger. Ślizgoni są wyjątkowo utalentowani.
— Jeśli supergłupota i megasnobizm uznawane są za talent, ten jeden raz przyznam ci rację.
— Daj spokój, Granger. Twoje zachowanie podejrzanie przypomina zazdrość.
Gryfonka wzruszyła ramionami, nie chcąc ciągnąć tej bezsensownej konwersacji.
— Nazywaj to jak chcesz — mruknęła i z powrotem skupiła się na słowach dyrektora.
Starzec uśmiechnął się lekko, widząc, do czego prowadzi jego plan. Czyżby dwa zwaśnione domy zmuszone zostały do współpracy?
Na to pytanie on jeden znał odpowiedź. Zdradził ją bardzo szybko.
— Natomiast towarzyszką Dracona, jak również reprezentantką Hogwartu zostaje... PANNA GRANGER!** — wrzasnął. — Bo kiedy rozsądek i spryt spotkają się po raz pierwszy, w finale stanowiły będą niepokonany duet, jeśli tylko się nad tym popracuje.
Okrzyki Gryfonów, choć bardzo chaotyczne i w żadnym wypadku niepodobne do pieśni Ślizgonów, wywołały szczery uśmiech na twarzy Hermiony.
Oni wszyscy w nią wierzyli.
***
Draco zastanawiał się, co takiego miał na myśli Dumbledore, mówiąc o sprycie i rozsądku.
Szybko jednak odgonił od siebie tego typu zagadki, oddając się czynności, którą Smoki lubią najbardziej (oczywiście nie licząc snu i flirtowania!) — imprezowaniu z przyjaciółmi.
Tej imprezy postara się nie zapomnieć na długo, o ile rano będzie coś pamiętał, bo nieźle strzelił sobie w palnik.
***
Następnego dnia rano, Ślizgon i Gryfonka stawili się w gabinecie profesor McGonagall, by uzyskać kolejne instrukcje.
— Organizacja poszczególnych zadań przypada na jedną ze szkół, biorących udział w turnieju. Pierwsze odbędzie się tu, w Hogwarcie, więc na razie nie musicie się o nic martwić. Jesteście jednak normalnymi uczniami, nie szukajcie więc żadnych ulg z powodu turnieju w trakcie zajęć. Nie możecie zaniedbać szkoły — oznajmiła Minerwa. — Pozostaje też kwestia waszych treningów.
— Jak to: treningów? — zapytał blondyn.
— Normalnie, panie Malfoy. Otóż, dwa razy w tygodniu, spotykać będzie się pan z panną Granger. W trakcie tych spotkań , będziecie uczyć się współpracy i przyswajać sobie potrzebne informacje. Osobiście będę was z tego rozliczać — zagroziła nauczycielka. — Czy to jest zrozumiałe?
— Tak — mruknęli reprezentanci.
— W takim razie, proszę wrócić na lekcje.
Po opuszczeniu sali, uczniowie przystanęli na chwilę, chcąc oswoić się z nową sytuacją.
— Nie wierzę, że ona to powiedziała — jęknęła Hermiona. — Jak ja mam z tobą współpracować?
Draco uśmiechnął się wrednie.
— Normalnie, Granger. Bardziej martwi mnie jednak reakcja moich rodziców na prośbę o całoroczny zapas czegoś na odkażanie.
— Że też o tym nie pomyślałam... Zapytaj Filcha, może ma coś takiego — syknęła.
— I powiedz mi, Granger, jak ja mam się z tobą dogadać?
* — pieśń mojego autorstwa, mocno zbliżona do słynnego "Weasley jest naszym królem", co zrobione zostało celowo.
** — pozdrawiam Martynkę! :3
--------------------
Na początek to, co się Wam należy, czyli jedno wielkie słowo "przepraszam". Wiem, że strasznie dawno nie było tutaj rozdziału, ale po prostu wiele czynników się na to złożyło.
Wiele razy zabierałam się do pisania tego kroku, wiele razy usuwałam całość, pisałam jeszcze raz. Wiem, że ta wersja pozostawia wiele do życzenia, jednak po wszelkich problemach ze swoim stylem i weną stwierdziłam, że musi tak być. Przepraszam, jeśli Was zawiodłam. Starałam się, jak mogłam.
Notka dodawana jest z telefonu (komputer zepsuty), więc przepraszam za jakiekolwiek błędy...
Teraz trochę przyjemniej.
Dziękuję Wam za wszystkie wyświetlania, komentarze i obserwacje, a także po prostu za to, że jesteście ze mną. Bo to właśnie Wasza aktywność pomogła mi przezwyciężyć kryzys, który — swoją drogą — pojawił się za szybko.
Chciałabym pozdrowić kilka osób, które były dla mnie największą podporą, które walczyły o ten krok, czyli Anę Bane, Patish, Isabelle West, Elisę Hudson, Alivers Malfoy oraz Katherine Nightshade, na której bloga (http://dramione-with-every-breath.blogspot.com/) serdecznie Was zapraszam. Dziękuję, że jesteście, kochane! :*
Co do samego bloga:
— wreszcie mam szablon *.* jestem z niego bardzo zadowolona;
— w "Spisie treści" pojawił się nowy opis historii;
— dodałam gadżet "Obserwatorzy", więc jeśli nie chcecie przegapić nowych postów polecam skorzystanie z niego ;)
Kontakt prywatny ze mną w dalszym ciągu tylko drogą mailową — naomi.stark.malfoy@gmail.com c:
I, proszę, pamiętajcie o zasadzie czytasz = komentujesz. Dla Was to tylko chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy.
Ale się rozpisałam...
W każdym razie, całuję i pozdrawiam,
Naomi S.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Krok piąty - by zawrzeć rozejm z diabłem.

– Nie, nie możesz mi pomóc, Granger  – warknęła Astoria Greengrass. – No chyba, że masz przy sobie solidną dawkę trucizny o kosmicznym stopniu stężenia. A teraz, jeśli to wszystko, co chcesz wiedzieć, to dobrze radzę ci stąd zniknąć. Nie zamierzam zostać pośmiewiskiem w oczach ślizgońskiej arystokracji dzięki jakimkolwiek kontaktom ze szlamą, co może się zdarzyć, zważywszy na fakt, że nadal tutaj stoisz. 
Hermiona, otrząsnąwszy się z szoku, dumnie uniosła głowę do góry i odpowiedziała spokojnie:
– Mimo wszystko, ta szlama, jak to ujęłaś, jest jedyną osobą, która w ogóle się tobą przejęła. Wierz mi lub nie, ale Gryfoni też nie byliby zachwyceni tym, że chcę ci pomóc. No cóż... skoro jednak moja krew jest wyznacznikiem wartości, to lepiej idź do Malfoya. Niech on cię pocieszy. 
Oczy Astorii zaszły łzami na wzmiankę o Draco. 
Powinnam grać. Powinnam, ale nie mogę – pomyślała. – Nie mogę zmieszać jej z błotem. Przecież ma rację. A ja nie mam siły, żeby udawać. I tak widziała, jak  płaczę. To nie może się wydać.
Gryfonka właśnie zamierzała się odwrócić i odejść, jednak coś ją zatrzymało. 
Tym czymś było jedno, ledwo słyszalne dla jej uszu słowo.
Greengrass ją przeprosiła.
Hermiona stanęła jak wryta, nie wiedząc, co ma zrobić. Zresztą nie miała nawet pewności, że to naprawdę się stało. Jeszcze raz uważnie przyjrzała się dziewczynie, zastanawiając się nad jakimkolwiek słusznym wyjściem z tej sytuacji.
Ona rzeczywiście ma problem – zawyrokowała w myślach. – Przecież Ślizgoni słyną z braku uczuć i ich nieokazywania. A tu proszę, Greengrass siedzi sobie na schodach i płacze, a potem jeszcze przeprasza za nazwanie mnie szlamą. I weź tu przeżyj choć jeden normalny dzień w tej szkole. Co ja mam teraz zrobić? Zabrać ją do swojego dormitorium, zaparzyć jej herbatkę i poczęstować czekoladową żabą? Myśl, Granger, myśl!
W ułamku sekundy podjęła decyzję, słysząc kroki w korytarzu. 
Musiała jej pomóc. Mimo oczywistego faktu, że jej nienawidzi.
– Najwyżej Ginny mnie zabije. Ale sama ostatnio byłam w takim stanie. – Mruknęła pod nosem, a potem już głośniej dodała: – Wstawaj, Greengrass. Nie powinno cię tu być. 
Astoria poderwała się do góry, pospiesznie przecierając dłonią napuchnięte oczy. 
– Pomogę ci. Ten jeden raz – usłyszała jeszcze. – Daj mi swoją różdżkę. Czas rozpocząć przyspieszony kurs rzucania zaklęcia kameleona. 
Posłusznie oddała Gryfonce swój magiczny atrybut, mierząc ją nieufnym spojrzeniem. 
Dziewczyna rzuciła zaklęcie. W ułamku sekundy Ślizgonka stała się niewidzialna.
– Ruszaj się. Niedaleko jest moje dormitorium. Jeśli masz zamiar ryczeć, musisz ze mną pójść.

***


W tym samym czasie, Draco wygrywał kolejną rundę pokera w swoim dormitorium, z czego  najbardziej niezadowolony był Diabeł. Wszystko przez to, że jak idiota podjął zakład, doskonale zdając sobie sprawę, że może przegrać. 

– Chyba muszę się napić – mruknął, wyciągając różdżkę, by przywołać szklankę, po czym skierował się w stronę barku.
Malfoy zaśmiał się cicho, a razem z nim cała reszta towarzystwa.
– Czego rżysz, Smoku? Gadaj lepiej, gdzie podziałeś swoją dziewczynę – wyszczerzył się w stronę przyjaciela, mając nadzieję, że uda mu się skutecznie zamknąć mu usta takim przytykiem. Jak bardzo zdziwiony był, kiedy Draco zamiast zamilknąć, okazał jeszcze większe rozbawienie...
– Jeśli chodzi o Greengrass, to już odpadła. Chwilowo niepotrzebna mi dziewczyna, a na brak damskiego towarzystwa nie mogę się skarżyć – wytłumaczył, obejmując ramieniem chichoczącą Tracey Davis i wyraźnie znudzoną Pansy Parkinson. 
Diabeł pokręcił głową, prychając lekceważąco i posyłając Dafne pytające spojrzenie. Zaskoczyła go jej ignorancja. Przecież mówili o jej siostrze! 
– Dobra, wracajmy do gry. I radzę ci wygrać, Zabini. Postawiłam na ciebie niemałą kwotę – oznajmiła Pansy, skutecznie odciągając uwagę Ślizgonów od tematu Astorii i jej głupiego, byłego chłopaka.
Byłam głupia, uganiając się za tym oszołomem. Jest w porządku, jeśli tego chce, ale Astoria nie zasłużyła na jego słowa... – pomyślała.
Kolejną rundę wygrał Blaise, wspomagany cicho przez pannę Parkinson. To było tylko jedno, maleńkie zaklęcie...
A Draco naprawdę dobrze grał.

***

– Czuję się jak porzucony, stary kociołek – jęczała Astoria, tępo wpatrując się w tańczące w kominku płomienie. – Jak on mógł mi to zrobić? Przecież byłam dla niego idealną dziewczyną... 
– Greengrass... – wtrąciła Hermiona.
– No dobrze, może zdradziłam go raz czy dwa... albo pięć, no ale on też nie był święty!
– Greengrass, posłuchaj mnie wreszcie! – dopiero krzyk Gryfonki przerwał jej marudzenie. – Nie możesz zaryczeć się na śmierć...
– Pewnie przyjęłabyś taką informację z uśmiechem na ustach, a potem jeszcze poszłabyś tańczyć na moim grobie razem z idiotą Potterem, gumochłonem Weasleyem i tą wiewiórowatą, jak ona tam ma...
– Nie przerywaj mi, jak do ciebie mówię! I nie obrażaj moich przyjaciół. Perspektywa twojej śmierci wydaje się być interesująca, ale nie o tym chciałam ci powiedzieć. 
– W takim razie słucham, co masz mi do powiedzenia, Granger – lekceważąco założyła ręce na piersi, czekając na kolejną dawkę gryfońskiej mądrości.
– Nie możesz całe życie użalać się nad sobą. Pokaż Malfoyowi, co stracił – od kiedy to ona jest specjalistką od sercowych rad? Albo lepiej – od kiedy udziela ich Ślizgonom?
– Niczego nie stracił. Założę się o swoje najlepsze szpilki od Christiana Louboutina, że w tej chwili wtyka język w gradło jakiejś idiotce...
Hermiona przez chwilę po prostu na nią patrzyła, nie wiedząc, dlaczego właściwie jej pomaga. Musiała jednak wreszcie wyciągnąć z niej, co dokładnie się stało, podjąć próbę wytłumaczenia tej dziewczynie, jak powinna postąpić, a potem uprzejmie wygonić ją do lochów, żeby podrapała troszkę nadętą arystokrację. Najlepiej byłoby, gdyby zdążyła zrobić to przed powrotem Ginny...
No właśnie, Ginny! Na śmierć zapomniała, że miała czekać na nią niedaleko wieży astronomicznej... Teraz już na pewno jej się oberwie. Wystawiła własną przyjaciółkę żeby... no właśnie. Żeby pomóc Ślizgonce. 
Jeśli Gryfoni się o tym dowiedzą... to zapewne ją wyklną, zmienią hasło do Pokoju Wspólnego i... nie podadzą go jej. O tak. Nie ma to jak gniew Gryfonów. Już w ogóle, jak ma się własne dormitorium.
Uśmiechnęła się do siebie.
Wtedy do pokoju weszła Ginny... albo właściwie wparowała jak małe, rude tornado.
– Miałaś na mnie czekać, Herm, nie gadaj, że zapomniałaś... – zagadnęła, przerywając, kiedy jej wzrok padł na siedzącą na bordowej kanapie Astorię. – A ta tu czego? – zapytała, wbijając w swoją przyjaciółkę pytające, pełne wyrzutu spojrzenie.
Ślizgonka prychnęła cicho, spoglądając na swoje dłonie. Zachowanie Weasley i mina Granger strasznie ją rozbawiły. 
Wstała z miejsca, zdając sobie sprawę z faktu, że koleżanki zapewne jej szukają. Zresztą nie mogła całe życie chować się w dormitorium szlamowatej Prefekt Naczelnej i jej przyjaciółki, zdrajczyni krwi. Matka z ojcem zabiliby najpierw ją, a potem siebie nawzajem, jeśli dowiedzieliby się, w jakim towarzystwie spędziła popołudnie. 
Skierowała się w stronę wyjścia.
–  Mam u ciebie dług wdzięczności, Granger. Honor nakazuje mi go spłacić, więc jeśli będziesz czegoś potrzebować, daj znać. Nie lubię niespłaconych długów. To naprawdę niebezpieczne. I pamiętaj, że mnie tu nie było –  zachichotała, stając w przejściu, po czym przeszła przez nie, zostawiając dwie Gryfonki z szeroko otwartymi ustami.
Kiedy szok wywołany słowami Greengrass minął, Ginny pociągnęła Hermionę na zajmowaną wcześniej przez Ślizgonkę kanapę.
–  A teraz spowiadaj się, Granger. Co tutaj robiła ta wywłoka?

***


Następnego dnia nie działo się nic niezwykłego, jak to w sobotę. Hermiona i Ginny siedziały w swoim dormitorium, czytając mugolskie magazyny modowe, podesłane przez znającą prawdę o świecie magii przyjaciółkę panny Granger, Harry i Ron całe popołudnie spędzili w Pokoju Wspólnym, grając w szachy i eksplodującego durnia z Nevillem, Seamusem i Deanem, Astoria projektowała kolejną suknię wieczorową do garderoby swojej matki, a Smok i Diabeł odsypiali imprezę, by potem zażyć eliksir na kaca i zaplanować kolejną. Tym razem bez pokera i głupich zakładów.

Przełomowym momentem, który pokrzyżował wszystkim plany na weekend, tradycyjnie była kolacja.  

***


W Wielkiej Sali po mału zbierali się uczniowie. Nie było osoby, która nie poszułaby się zaniepokojona czy zaintrygowana widokiem dużej, drewnianej skrzyni inkrystowanej kamieniami szlachetnymi, stojącej nieopodal stołu nauczycielskiego. Niektórzy skądś ją znali. Nie mogli jednak skojarzyć, co dokładnie w sobie mieści. A ci, którym wydawało się, że wiedzą, modlili się, żeby nie mieć racji.

Dyrektor podniósł się z miejsca, przesuwając ręką w powietrzu. Przez chwilę było ciemno. A potem skrzynia zniknęła, a jej miejsce zajęła duża, nieco topornie wyciosana Czara Ognia.
Hermiona mocno zacisnęła dłoń na brzegu stołu, tak wielki niepokój ogarnął ją, kiedy wspomnienia i sny wróciły. Kilka razy śnił jej się ten magiczny przedmiot. Nie mogła powiedzieć, że były to dobre sny. Wystarczy wspomnieć, że aby była w stanie się obudzić, musiał pojawić się kruk... 
Harry był spokojny. Dumbledore obiecał mu, że tym razem nie dopuści, by był reprezentantem. Miał dość przygód za sobą.
–  Oto Czara Ognia. Pomoże nam z wyborem reprezentantów. Jednakże tym razem będziemy lepiej przygotowani, a turniej przeprowadzony będzie inaczej. I wszyscy uczniowie, którzy zdali już egzamin Standardowych Umiejętności Magicznych, wezmą udział w wyborze –  wytłumaczył Albus, chcąc zapobiec wszelkim pytaniom. – Czara jest zaczarowana, by można było użyć jej dziś cztery razy i wybrać po dwie osoby z każdego domu, które walczyć będą o największe wyróżnienie, jakim jest reprezentowanie Hogwartu. Zacznijmy może od Gryffindoru.
Wszyscy uważnie śledzili ruchy starego Dropsa. Mężczyzna pstryknął palcami, a kartki z nazwiskami uczniów Domu Lwa wpadły w niebiesko-białe płomienie Czary... 
Przez chwilę nic się nie działo. A potem ogień stał się czerwony i dwie karteczki, wściekle różowa i niebieska, poleciały w górę.
– Reprezentantami Gryffindoru zostają...
Ginny ścisnęła rękę przyjaciółki wiedząc, że się boi. Było już jednak za późno, bowiem Albus krzyknął:
– ...RONALD WEASLEY I HERMIONA GRANGER!
Gryfoni z radości poderwali się do góry. Chcieli, żeby to była ta dwójka. Być może uda im się mieć aż dwoje reprezentantów w turnieju...
Sytuacja powtórzyła się dwukrotnie.
Reprezentantami Hufflepuffu zostali Hanna Abbott i Ernie Macmillan, natomiast los wybrał, że dołączyli do nich Luna Lovegood i Marcus Belby z Ravenclawu. 
Pozostało im tylko czekać, aż wybrani zostaną reprezentanci Slytherinu, którymi okazali się być...
Merlinie, niech to będzie ktokolwiek, tylko nie Malfoy –  modliła się w myślach Gryfonka. 
– ...DAFNE GREENGRASS I DRACO MALFOY!
Hermiona była bliska omdlenia. 
Koszmary uwielbiały ją prześladować...

***


Kiedy następnego dnia wszyscy reprezentanci zebrali się na boisku do Quidditcha, cudem udało im się uniknąć kolejnego przedstawienia z serii "kiedy arystokrata obraża lwicę", bowiem Draco Malfoy ani myślał przestać dokuczać Hermionie, która - wściekła jak zawsze, kiedy chodziło o niego - była bliska utraty cierpliwości.

Miarka przebrała się, kiedy Ślizgon niby przypadkiem wepchnął ją w błoto. 
– Szlama w błocie tarza się, tarza się... – zanucił pod nosem. 
– Lepiej być szlamą niż narcystycznym, zakochanym w sobie dupkiem, Malfoy – warknęła dziewczyna, podnosząc się z ziemi i pospiesznie oczyszczając swoją szatę za pomocą zaklęcia. – A za to błoto odwdzięczę się prędzej czy później.
– A czemu nie teraz, Granger? Boisz się, że McGonagall weźmie przykład z Flitwicka i odejmie swoim pupilkowatym Gryfiaczkom kilka punkcików, a my skończymy razem na szlabanie? – zapytał z wrednym uśmiechem. – Chociaż w sumie, szlaban z tobą byłby gorszą karą, niż jakby rąbnęła we mnie porządnym Crucio... – dodał po chwili.
– I nawzajem, Malfoy. A teraz spadaj do Greengrass, nie chcę się na ciebie rzucić z zamiarem...
– Granger, w życiu nie powiedziałbym, że marzysz, żeby się na mnie rzucić! - krzyknął Draco, najgłośniej, jak tylko mógł. Skutecznie, bo wszyscy się na nich gapili, w znacznej większości śmiejąc się ze słów Ślizgona.
Ich rozbawienie powiększyło się jeszcze bardziej, kiedy na twarzy Gryfonki pojawił rumieniec, będący wynikiem wściekłości i zawstydzenia.
– Zamknij się i daj mi skończyć, idioto! – wydarła się, ledwo powstrzymując się przed praktycznym pokazaniem mu, tego, co zamierzała powiedzieć, ale akurat wtedy musiała pojawić się nauczycielka transmutacji.
– Panno Granger, proszę się uspokoić i przeprosić kolegę – oznajmiła.
Hermiona spojrzała na nią jak na kosmitkę, mając nadzieję, że jej ulubiona profesorka nie mówi poważnie.
Nic jednak nie wskazywało na to, że Minerwa żartuje. Ona nigdy nie żartowała. 
Dziewczyna, chcąc nie chcąc, musiała podporządkować się jej woli.
Posłała Malfoyowi spojrzenie bazyliszka, ale posłusznie wyciągnęła dłoń.
– Przepraszam, tchórzofretko – szepnęła, uważając, żeby McGonagall usłyszała tylko pierwszą część jej wypowiedzi.
– Nie ma za co, wredna szlamo – odpowiedział, kierując się tą samą zasadą.

***


Treningi trwały kilka godzin. Wszyscy reprezentanci dokształcali się, jak tylko mogli. Jeden uczył się od drugiego. Albo wszyscy od Hermiony, czasem od Dracona. Celem, jaki im przyświecał, było zwycięstwo w turnieju i utarcie nosa uczniom pozostałych szkół.

W ósemkę ramię w ramię stali na boisku do Quidditcha, na chwilę zapominając o kłótniach i sporach. Uczyli się współpracy.

Nawet deszcz nie był w stanie ich zatrzymać.


***


Kiedy nastał wieczór, na trybunach zaczęli pojawiać się uczniowie. 

Żaden z reprezentantów nie zwracał jednak na to uwagi. Wszyscy bowiem przypominali sobie, jak rzuca się zaklęcia niewerbalne.
Draco za pomocą różdżki odesłał Weasleya na drugi koniec boiska. Nikt jednak nie był w stanie udowodnić, że to on, więc pozostał bezkarny.
Zawsze mógł powiedzieć, że pomyliła mu się formułka.

***


Wszyscy z zainteresowaniem wpatrywali się w postać Albusa Dumbledore'a, stojącego na środku boiska, oczekując długiej pogadanki o zasadach i regułach pojedynków. Zdziwiło ich to, że dyrektor oznajmił po prostu, że mają walczyć honorowo i uczciwie, a potem wywołał na środek Rona i Draco, którzy mieli rozpocząć przedstawienie.

Po tradycyjnym rozpoczęciu pojedynku, chłopcy z zaciętymi minami rozpoczęli bardzo wyrównaną walkę.
Aż wreszcie Weasley opadł z sił i zaczął przegrywać.
Ślizgon tylko na to czekał i natarł na niego kolejną, tym razem mocniejszą falą zaklęć, szepcząc coś w kierunku swojego przeciwnika.
Rudzielec zadygotał z wściekłości i machnął różdżką, rzucając na niego pierwszy urok, jaki przyszedł mu do głowy.
Wszyscy z zapartym tchem patrzyli, jak Draco Malfoy pada na ziemię, niezdolny, by się podnieść.


I takim też sposobem w Wasze ręce trafia krok numer pięć. 
Nie jest może idealny, ale wreszcie się coś dzieje, o co prosiliście pod poprzednią notką. 
Chciałabym, żeby rozdział ten był moim podziękowaniem dla Was za ponad sześć tysięcy wyświetleń, wszystkie "wenodajne" komentarze i za to, że jesteście tutaj ze mną, wspierając mnie w tworzeniu tego opowiadania.
Niech ten krok będzie również moim skromnym, symbolicznym prezentem wielkanocnym dla Was - komu jak komu, ale Wam należy się nagroda ;)
Przypominam, że jeśli chcecie być informowani o nowych notkach, wystarczy wspomnieć o tym w komentarzu, albo kontaktując się ze mną mailowo - naomi.stark.malfoy@gmail.com.
Zapraszam Was również do zakładki "Spis treści", gdzie pojawił się opis opowiadania, oraz jego podtytuł. Może się Wam spodoba...:*
Mam nadzieję, że zostawicie po sobie komentarze - chciałabym dowiedzieć się, ile osób naprawdę tutaj dotarło...
Wesołych Świąt, Kochani!
Wasza Naomi S.






niedziela, 22 marca 2015

Krok czwarty - by dać się zaskoczyć.

- Pani profesor, naprawdę nic nie da się z tym zrobić? - dziewczyna z bałaganiem spojrzała na nauczycielkę.
- Naprawdę, panno Granger. Nie zmienię woli dyrektora. W tej sprawie jestem bezsilna. Przykro mi - Minerwa posłała Hermionie przepraszające spojrzenie.
- Ale...
- Decyzja została podjęta i trzeba się z tym pogodzić. Kto jak kto, ale pani, panno Granger, powinna znaleźć w sobie odwagę, żeby przyjąć tę sytuację, jak to się teraz mówi, na klatę. Gryfoni nie uciekają przed tym, co nowe. Dlatego proszę, niech sobie to pani przemyśli raz jeszcze i nie poddaje się na starcie, bo to niehonorowe i niewarte utraty honoru.
- Rozumiem. Dobranoc, pani profesor - powiedziała Hermiona, kierując się w stronę wyjścia.
Doskonale wiedziała, że sprawa jest przegrana.
Opuszczając pomieszczenie stwierdziła, że chcąc nie chcąc, musi zaufać Dumbledore'owi. Wierzyła, że dyrektor wie, co robi, choć czasem z rezerwą podchodziła do jego pomysłów. Nie wszystkie były dopięte na ostatni guzik.
Spojrzała na zegarek, a sekundę później biegła już na górę. Odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, kiedy znalazła się w swoim dormitorium, cudem unikając szlabanu.
Nim padła w objęcia Morfeusza, posłała ku Merlinowi cichą modlitwę prosząc, by dopilnował, aby spokojnie przespała tę noc. Naprawdę nie miała siły na kolejny koszmar.
Najwyraźniej Merlin stwierdził, że nawet ona powinna czasem odpocząć od wiszących nad jej głową problemów, bo tej nocy nie śniło jej się nic, tylko ten sam czarny kruk, jej mały, ptasi Anioł Stróż... Cóż, on zawsze się pojawiał, ratując ją przed jej własnymi demonami.
Draco długo siedział na kanapie w Pokoju Wspólnym, zastanawiając się, co takiego siedzi w głowie starego Dropsa. Facet definitywnie coś kombinował, dwojąc się przy tym i trojąc, żeby jego uczniowie żyli że sobą w zgodzie. Młody Malfoy był niezmiernie ciekawy, jakie pobudki kierowały Dumbledorem, kiedy decydował się na zmuszenie Gryfonów i Ślizgonów do zakopania wojennego toporu.
Opróżnił do końca stojącą na stole szklankę Ognistej Whisky, po czym zepchnął ze swoich kolan głowę szkicującej coś zawzięcie Astorii Greengrass.
- Mogłeś zwyczajnie powiedzieć, że chcesz wstać. Nie musiałeś od razu mnie zrzucać -  syknęła z oburzeniem dziewczyna, podnosząc się do pozycji siedzącej. - Przez ciebie zepsułam cały projekt! Jak ja to teraz naprawię? - dodała po chwili, zauważywszy wielką kreskę, dzielącą niesamowicie delikatną i niewinną kreację na dwie części.
- Skończ zrzędzić, kobieto. Boli mnie głowa od twojego ciągłego marudzenia - burknął blondyn nieuprzejmie, kierując się w stronę swojego dormitorium.
Zastanawiało go, po co nadal męczy się z Astorią. Dziewczyna niezmiernie go irytowała, narzucając mu swoje towarzystwo, a nie miał serca kolejny raz prosić Pansy o odciągnięcie od niego Greengrass. Już i tak miał u niej dług wdzięczności. I to niejeden.
Astoria chwilę wpatrywała się w miejsce, w którym zniknął jej chłopak. Który to już raz pluła sobie w brodę, że zakochała się właśnie w nim?
Od dziecka wiedziała, że przeznaczona jest Draconowi. Doskonale pamiętała, jak matka zamiast bajki na dobranoc opowiadała jej do snu o zasadach panujących w świecie arystokratów, o konieczności przedłużania linii czystokrwistych rodów.
Westchnęła cicho i ponownie łapiąc za ołówek, zaczęła niedbale sunąć nim po kartce szkicownika. Kiedy była sama, rysowala to, na co miała ochotę, często wracając dzięki temu w miejsca, za którymi tęskniła, choć było to dla niej zakazane. Bowiem rodzice Astorii nieprzychylnym okiem patrzyli na zwyczajne, pełne uczuć prace swojej córki. Zdecydowanie woleli, kiedy ich córka projektowała nowe suknie wiedząc, że jest to talent niezwykle pożądany, a jeśli dobrze się go rozwinie, może przynieść wiele materialnych korzyści.
Wspomnienia zalały jej umysł, prowadząc za sobą ołówek.
- Astorio, nazwisko, które nosisz, do czegoś zobowiązuje. Proszę, pamiętaj o tym i nigdy więcej nie przynieś wstydu mi czy ojcu, powtarzając komuś to, o czym mówimy przy posiłku - powiedziała jej kiedyś mama, strofując ją za nieświadome zdradzanie rodzinnych sekretów.
Pierwsza kreska utworzyła łuk.
- Z czasem nauczysz się trzymać emocje na wodzy, albo w ogóle się ich wyzbywać - powtarzał ojciec, widząc w oczach sześcioletniej Astorii łzy wzruszenia. - Tego wymaga twoja krew.
Nakreśliła kolejną kreskę, zakraplając ją wstydliwą, samotną łzą. Tak dawno nie płakała...
- Nie masz prawa zapomnieć, kim jesteś. Nigdy. Raz arystokratka, zawsze arystokratka. Urodziłaś się Greengrass i będziesz żyć tak, jak przystało na osobę noszącą to nazwisko. Dlatego też po ukończeniu szkoły wyjdziesz za młodego Malfoya i razem wstąpcie w szeregi Czarnego Pana, który jest jedynym właściwym wyjściem.
Dziewczyna nakreśliła ostatnią kreskę, ze złością rzucając ołówkiem. Wyrwała kartkę ze szkicownika i zgniotła ją w palcach. Łzy przestały płynąć po jej policzkach. Dumnie uniosła głowę, nie zważając na spuchnięte od płaczu oczy i biorąc przykład z Dracona, udała się w stronę sypialni.*
W ekspresowym tempie zjadła swojego tosta z dżemem, popijając go kawą z mlekiem. Nie mogła uwierzyć, że obudziła się tak późno. Ale spało jej się tak dobrze bez zbędnych koszmarów, że nie miała serca odebrać sobie tej przyjemności... i oto tego efekty.
Nie zwracała nawet uwagi na Rona, całującego się tuż obok niej z Romildą Vane.
Rudzielec chciał pokazać swojej byłej dziewczynie, jak głupia była, najpierw zrywając z nim, a potem upokarzając go publicznie. Jakże wściekły był, kiedy Hermiona, delikatnie mówiąc, olała go.
Jeszcze jej udowodni, ile straciła. Wystarczy, że zostanie reprezentantem, co do czego nie miał żadnych wątpliwości. Trzeba tylko trochę poczekać...
Hermiona znalazła się pod klasą do Obrony Przed Czarną Magią dosłownie kilka sekund przed przyjściem nauczyciela. Wiele osób skomentowało to uniesieniem brwi, jednak nikt nie próbował się odezwać, obawiając się szlabanu, który bez wątpienia wlepiłby temu komuś wiecznie energiczny, wesoły i niezwykle wyrozumiały profesor Snape.
- Zabini, nie ma opcji, żebym siedział sam - warknął Draco, z potępieniem patrząc na przyjaciela.
- Wiesz przecież, że i tak jestem twój, kochanie - odparł Blaise, szczerząc się do Malfoya.
- Ile razy mam ci powtarzać, że nie lubię chłopców, Diable? Odpuściłbyś już sobie. Na pewno się z tobą nie umówię, nie moja liga - blondyn pokazał Zabiniemu język. - Theodor! - zawołał jeszcze, odsyłając ciemnoskórego chłopaka machnięciem ręki, kiedy Nott zajął miejsce obok niego.
Blaise był na siebie zły widząc, że dziewczyna, która rzuciła mu się w oczy jeszcze w Wielkiej Sali, już z kimś siedzi, a jedyne wolne miejsce znajduje się - o zgrozo! - między Hermioną Granger a Nevillem Longbottomem.
Uśmiechnął się do siebie, wpadając na iście genialny pomysł i skierował się w stronę ławki zajmowanej przez dwójkę Gryfonów.
- Witajcie, kochane Gryfiaczki, mogę dziś usiąść z wami? - zapytał Blaise, ściągając na siebie wzrok całej klasy. - Przesuń się, Granger. Tak, doskonale - pochwalił, kiedy Hermiona, nadal w ciężkim szoku, spełniła jego prośbę, siadając między nim a Nevillem.
- Czego chcesz, Zabini? - zapytała dziewczyna, nie zwracając uwagi na wściekłe spojrzenie nauczyciela.
- Właściwie to niczego. Malfoy siedzi z Nottem, a mi brakuje towarzystwa - Ślizgon wzruszył ramionami. - Przy okazji, miło mi. Nazywam się Blaise Zabini, dla przyjaciół Diabeł, najprzystojniejszy, najzabawiejszy i najsprytniejszy wśród Ślizgonów i w całej szkole - wyciągnął do niej rękę.
Hermiona spojrzała na niego z powątpiewaniem, ale uścisnęła wyciągniętą dłoń.
- Znamy się od siedmiu lat, no ale niech będzie. Jestem Hermiona Granger, nazywaj mnie, jak chcesz. Na słowo szlama, jak zwykli nazywać mnie twoi kumple, również reaguję, więc nie musisz bawić się w mówienie mi po imieniu, jeśli tego nie chcesz.
Zabini przyglądał jej się w ciszy. Zaskoczyła go jej szczerość i bezpośredność.
- Nie bawisz się w uprzejmości - stwierdził, a ona kiwnęła głową i skierowała wzrok na Nietoperza, co Blaise uznał za koniec rozmowy. I wcale się nie mylił, bowiem Hermiona nie odezwała się już do niego ani jednym słowem.
Żadne z nich nie wiedziało, że Draco Malfoy patrzy na nich w ciężkim szoku.
Żadne z nich nie wiedziało, że Ron Weasley klnie pod nosem niczym szewc.
Żadne z nich nie wiedziało, że wszyscy są ciekawi, o czym rozmawiali.
Oboje wiedzieli, że to musiało dziwnie wyglądać.
Oboje wiedzieli, że ich rozmowa jest kolejną sensacją.
Oboje z ulgą opuścili klasę po dzwonku, mając dość posyłanych ku nim spojrzeń.
Malfoy czekał na przyjaciela przed salą, chcąc dowiedzieć się, co planuje.
Kiedy jednak zobaczył Hermionę Granger, idącą korytarzem, nie mógł się powstrzymać. Wyciągnął swoją różdżkę. Wyszeptał odpowiednie zaklęcie. Wybuchnął śmiechem patrząc, jak dziewczyna przewraca się, potykając się o związane sznurówki swoich butów.
Pogratulował sobie w myślach. Nie był jedynym, który się śmiał.
- Malfoy, pacanie, doskonale wiem, że to twoja sprawka! - wrzasnęła Gryfonka, podnosząc się z ziemi.
Na twarzy chłopaka pojawił się wredny uśmieszek.
- Masz dowody? - zapytał, leniwie unosząc jedną brew.
- Ależ oczywiście, że nie mam! Lepiej dla ciebie, im szybciej się przyznasz.
- Bo...?
- Bo uważam, że nadszedł koniec twojej bezkarności.
- I co w związku z tym?
- Dopilnuję, żebyś tym razem dostał szlaban, idioto!
- Ależ proszę bardzo, Granger. Ciekaw jestem, jak ty to zrobisz - chłopak nieznacznie uniósł kącik ust.
Hermiona zacisnęła szczękę.
- Skończ robić z siebie pieprzonego księcia, Malfoy. Dla mnie zawsze będziesz małą, białą fretką, udającą kogoś wyjątkowego. A teraz wybacz, aczkolwiek czas mnie goni. Zaraz mam antyczne runy - powiedziała i odeszła, zostawiając Ślizgona w stanie bliskim kolejnego wybuchu.
Zaśmiała się cicho.
Punkt dla mnie, zakichany arystokrato - pomyślała z niemałą satysfakcją, wchodząc do klasy profesor Vector.
- To co, Smoku? Kompletujemy ekipę na wieczorną rundkę pokera? Wiem, że Astoria nienawidzi tej gry, ale kto bogatemu zabroni? - zapytał przyjaciela Diabeł, kiedy zmierzali w stronę lochów.
Draco wzdrygnął się lekko na wzmiankę o swojej dziewczynie, co usilnie starał się zamaskować, z - niestety - marnym skutkiem.
Blaise uniósł brew, widząc reakcję blondyna, jednak nie skomentował tego w żaden sposób.
- Nie obchodzi mnie jej zdanie - stwierdził chłopak. - Ale ludzi zbieraj, chętnie z wami zagram. Tak dawno nie skopałem nikomu tyłka w karty... Czas naprawić ten błąd. Dalej idź sam. Muszę jeszcze coś załatwić - dodał, kierując się ku wyjściu.
Kiedy się powiedziało "a", trzeba powiedzieć i "b", albo najlepiej cały alfabet.
Z zaciętą miną wkroczył na błonia.
Hermiona czekała na Ginny przy wejściu na Wieżę Astronomiczną, ze znudzeniem przesuwając wzrokiem po wypożyczonej chwilę temu z biblioteki książce, kiedy usłyszała, jak ktoś pociąga nosem, a z jego ust wydobywa się kolejny szloch.
Niewiele myśląc, schowała książkę do torby i skierowała się w stronę, z której dochodził ten dźwięk.
Naprawdę nie chciała znów widzieć łez w czyichś oczach. Wolała jednak dowiedzieć się, czy może jakoś pomóc.
Płacząca osoba siedziała do niej tyłem. Jej ciemnobrązowe włosy były nieco rozstrzepane, a szata pomięta w kilku miejscach. Zachowywała się, jakby chciała, żeby nikt nie wiedział o jej chwili słabości.
Hermionie ciężko było przyłożyć ten smutny obraz do kogokolwiek, kogo znała i widywała na korytarzach.
Podeszła do dziewczyny i położyła dłoń na jej ramieniu, kucając na schodach o stopień niżej niż siedziała zapłakana postać.
- Nie trzeba ci jakoś pomóc? - zapytała cichym niczym tchnienie głosem.
Dziewczyna gwałtownie uniosła głowę do góry, patrząc na Hermionę opuchniętymi od płaczu, ale nadal bystrymi, zielonymi oczami.
Gryfonka z niemalże otwartą buzią przeniosła wzrok na herb wyszyty na jej piersi.
Wiedziała już, kim jest płacząca dziewczyna.
* - cały ten fragment, rozpoczynający się od wyjścia Dracona, jest chyba moją ulubioną częścią rozdziału. Pisząc go zastanawiałam się, dlaczego większość autorek pomija postać Astorii, albo zmienia ją w pustą jak bęben młodą kobietę. Lubię być oryginalna, więc wykreowałam swoją własną Astorię Greengrass i mam nadzieję, że spodoba się Wam taka wersja tej postaci.
Myślę, że ten fragment byłby dobrym prologiem do ff o Drastorii, ale ciiii! Wolę jednak skończyć swoje Dramione. ;)
----------------
No i, kochani moi, przybywam do Was z nowym krokiem. Znowu mam małe opóźnienie - pozdrawiam swoją wenę, która totalnie mnie olewa - ale mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto cierpliwie czekał na mój powrót. :)
Dziękuję za wszystkie komentarze, które pojawiły się pod krokiem trzecim. Ich liczba jest nieduża, w porównaniu z liczbą jego wyświetleń i liczbą komentarzy pod wcześniejszymi rozdziałami, ale naprawdę cieszę się, że jesteście ze mną, dając mi motywację do tworzenia nowych rozdziałów. :*
Ze spraw organizacyjnych:
· zamówiłam już szablon, więc niedługo pożegnamy się z nieszczęsnym, obecnym wyglądem bloga;
· przepraszam za moje opóźnienie związane z odwiedzaniem Waszych blogów, ale czas ucieka mi przez palce i ledwo znalazłam czas na napisanie rozdziału na Krok po kroku. Obiecuję, że nadrobię wszystko w wolnej chwili;
· jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach - nie widzę problemu w powiadamianiu Was drogą mailową czy przez blogi. Wystarczy tylko wspomnieć o tym w komentarzu. ;)
· proszę, pamiętajcie o zasadzie czytam=komentuję - dzięki temu wiem, co sądzicie o moich nieco mizernych bazgrołach i ile osób naprawdę to czyta. ^^
No cóż, to chyba wszystko z mojej strony. Do "zobaczenia" przy publikacji kolejnego kroku.
Buziaki!
Naomi S.

sobota, 28 lutego 2015

Krok trzeci - by mentalny krzyk zamienił się w szloch.

Kiedy Ron Weasley nazwał swoją wieloletnią przyjaciółkę i byłą dziewczynę szlamą, temperatura powietrza w pomieszczeniu niebezpiecznie zmalała.
Większość osób z otwartymi ustami obserwowała, jak Hermiona Granger ze łzami w oczach wybiega z Wielkiej Sali, a rudowłosy chłopak zamiast pójść za nią, wzrusza tylko ramionami i wraca do rozmowy z siedzącym obok Deanem Thomasem, który wyglądał, jakby zobaczył wyjątkowo przerażającego i wrednego ducha.
Albus Dumbledore podniósł się z miejsca i uniósł ręce, uciszając tym samym wszystkich tych, którzy mieli zamiar w jakikolwiek sposób zareagować. Szybko przesunął wzrokiem po twarzach swoich uczniów i zaczął mówić:
- Tym właśnie niezbyt miłym akcentem rozpocznijmy nowy rok szkolny! Nim jednak zaczniecie jeść i obrzucać pana Weasleya spaghetti - dodał, spoglądając na przymierzającą się do rzutu makaronem Ginny - chciałbym powiedzieć kilka słów.
Wszystkie twarze zwróciły się w stronę, z której dochodził głos dyrektora. Stary czarodziej westchnął cicho, po czym podjął przerwaną czynność.
- Jeszcze kilka miesięcy temu nasz świat naznaczony był ciemnością, której żadne z nas nie było w stanie przełamać w pojedynkę czy w duecie. Ludzie ginęli za swoje pochodzenie, za swoje przekonania, za swoją niechęć do zabijania. Lord Voldemort bez zastanowienia skazywał na śmierć, nie patrząc na wiek czy płeć. Chciał oczyścić świat z ludzi, którzy według niego nie byli godni życia na równym poziomie z czarodziejami czystej krwi, z ludzi, którzy, w jego mniemaniu oczywiście, nie byli godni studiowania magii i zagłębiania się w jej tajniki. Niejednemu dziecku odebrał rodziców, zabijając ich na jego oczach tak, by cierpiało jeszcze bardziej. Z uśmiechem unosił różdżkę, celując nią w niewinnego noworodka leżącego w kołysce czy tulącego do piersi większego od siebie misia, chcąc, by jasnozielone światło raz na zawsze odebrało malcowi szansę na ujrzenie pierwszego światła poranka, albo pokrywających ciemne, wieczorne niebo gwiazd.
Jego poplecznicy zachowywali się równie źle, o ile nie gorzej niż ich lider. Siali terror, wzbudzali lęk, nie szczędzili czarnomagicznych klątw czy niewybaczalnych zaklęć. Nie wiem, jak wyglądałby dzisiaj świat gdyby nie bohaterowie, którzy z dumą i odwagą walczyli o wolność naszą, a także naszych dzieci, wnuków i prawnuków, gdyby nie bohaterowie, którzy walczyli o lepsze jutro. Przelano wystarczająco dużo krwi, by przegonić zło, czego dowodem są wszystkie nazwiska, które spisano na zewnętrznych murach tego zamku. Proszę, pamiętajcie o tym.Na świecie panuje równowaga - żeby tliło się światło, musi pojawić się też mrok. Jedno impulsywnie wypowiedziane słowo może przeważyć szalę i doprowadzić do tragedii. Dlatego też powtórzę po raz kolejny - nie mieszajcie ludzi z błotem i szanujcie się nawzajem. Na tym zakończę swoje przemówienie. Mam nadzieję, że weźmiecie sobie do serca moje słowa i należycie będziecie korzystać z tak ciężko wywalczonej przez nas wolności. Pan Filch prosił również, abym przypomniał wam o tym, że wstęp do Zakazanego Lasu jest surowo zabroniony. A teraz wcinajcie kolację! Prefekci odprowadzą was do waszych dormitoriów. Śpijcie dobrze. Od jutra zacznamy naukę. Musicie być wypoczęci i gotowi do pracy. Smacznego!
Wszyscy zaczęli klaskać, a profesor ze stoickim spokojem zasiadł przy nauczycielskim stole, wznosząc toast za nowy, lepszy rok. Nie było w Wielkiej Sali osoby, która nie podniosłaby swojego pucharu do ust. Mimo wszystko, większość uczniów myślami podążała w kierunku pewnej młodej Gryfonki nie zdając sobie sprawy, że dziewczyna dosłownie chwilę temu utraciła resztki swojej godności, prosząc o coś Malfoya. Zdawać by się mogło, że nikt nie wiedział, gdzie ona jest, ani jak się czuje.

Ten wieczór nie należał do najcieplejszych, co wcale nie przeszkadzało Hermionie w przebywaniu na zewnątrz bez żadnej bluzy czy kurtki.
Usiadła na kładce u brzegu jeziora, zwieszając nogi w dół. Wiatr mierzwił jej włosy, delikatnie chłodząc mokre od odbierających jej wzrok łez.
Niewidzialny sztylet wbijał się w jej serce razem z każdym nawiedzającym jej umysł wspomnieniem. Nieświadomie przywoływała do siebie wszystkie te sytuacje, kiedy Ron ją zawiódł. Było ich naprawdę dużo. Nigdy nie nazwał jej szlamą, zawsze szanował jej pochodzenie. Najwyraźniej jednak sława zmieniła go bardziej, niż Hermiona mogła sobie wyobrazić.
Musiałam być ślepa, skoro nie zauważyłam tego wcześniej, pomyślała, przyciągając pięść do ust, by zdusić kolejny szloch.
Krzyk, jaki zbierał się w niej od chwili, kiedy dostrzegła przemianę swojego przyjaciela, musiał w końcu wyrwać się na wolność. Nie mogła długo powstrzymywać negatywnych emocji tlących się wewnątrz niej i po prostu wybuchnęła płaczem, nie zdając sobie sprawy z obecności osoby, która - kierując się czystą ciekawością - wyszła za nią z zamku i która wolała jak najdłużej pozostać niezauważona.

Draco nigdy nie widział jej w takim stanie. Jej włosy jeszcze bardziej niż zwykle przypomniały wyjątkowo niechlujnie usypany stóg siana, a szata, którą miała na sobie, była okropnie pognieciona i mokra od wody.
Z zainteresowaniem śledził jej ruchy zastanawiając się, co właściwie przegapił. Na prośbę Snape'a zjawił się w jego gabinecie w czasie kolacji. Najwidoczniej właśnie wtedy wydarzyło się coś, co w taki czy inny sposób zhańbiło ją, lub któregoś z jej przyjaciół. Panna Granger nigdy nie upadłaby tak nisko, aby prosić go o cokolwiek. No chyba, że...
I wtedy go olśniło. Tylko jedna osoba mogła zranić ją tak głęboko. Nawet on tego nie potrafił, choć próbował niejednokrotnie, z dumą przyglądając się, z jaką zaciętością dziewczyna próbuje poskromić zbierające się pod powiekami kryształowe łzy.
Przypomniał sobie też, że jakiś czas temu natrafił w Proroku - nie, żeby to w ogóle czytał, skądże znowu - na wzmiankę o rozstaniu Granger i Weasleya. Ponoć to on z nią zerwał. Draco szczerze w to wątpił. Znał tych dwoje nie od dziś i wiedział, że rudzielec za bardzo cenił sobie wygodę, by zostawić tak mądrą i uczynną dziewczynę.
Nie pomyślałem tego, jęknął w duchu.
Nie mógł uwierzyć, że jeszcze chwilę temu rozwodził się nad tym, jak wiele pozytywnych cech posiadała ta wszechwiedząca Gryfonka.
Spojrzał na nią raz jeszcze. Uspokoiła się odrobinę, przenosząc swoją złość na iście zajmującą czynność, jaką jest wrzucanie do wody maleńkich kamyczków o nieregularnych kształtach i niecodziennych barwach, które wpadały do niej z delikatnym pluskiem. Hermiona przyglądała się, jak wrzucone przez nią drobne skałki opadają na dno, po czym powtarzała całą czynność, by znów oderwać się od męczących myśli.

Ten właśnie moment wybrał sobie Draco, by zrobić coś głupiego. Mianowicie, tak bardzo zaabsorbowało go przyglądanie się pannie Granger, że nastąpił na gałąź, robiąc krok do tyłu.
- Że też muszę być taki głośny - mruknął cicho pod nosem, po czym zaczął kierować się w stronę kładki.

Hermiona zdawała się nie zauważyć obecności chłopaka aż do chwili, w której dostrzegła drugą parę nóg zwisającą w dół i kamienia, który wpadł do wody robiąc przy tym sporo hałasu.
Podniosła wzrok, przeklinając w duchu wszystkie znane sobie bóstwa.
Czuła, że ktoś za nią szedł, ale myślała, że w końcu się poddał. Miała też cichą nadzieję, że to Ron opamiętał się na tyle, by chociaż ją przeprosić. Najwyraźniej jednak młody Weasley nie żałował swoich słów, za to skazał ją na kolejną sprzeczkę z Draconem Malfoyem, który jako jedyny widział jej stan po wybuchu.

Chłopak uśmiechał się kpiąco, z rozbawieniem przyglądając się emocjom, jakie malowały się na twarzy Gryfonki. Nadzieja. Smutek.
Zaskoczenie. Nienawiść. Rozczarowanie. Jeszcze więcej zaskoczenia i nienawiści.
Sam czuł się jak wyprana z emocji kukła. Sprawą honoru było dla niego nie obrażanie osób psychicznie zdołowanych, jednak perspektywa dogryzienia Hermionie Granger wydawała się aż nazbyt kuszącym rozwiązaniem tej sytuacji. On poczułby się lepiej, do reszty przepełniony satysfakcją. A ona? Ona czułaby się dokładnie tak samo. Przekroczyła wiele granic bólu. Jaką więc różnicę zrobiłoby jej wysłuchanie kilku błahych, wymyślonych na poczekaniu obelg?
Postanowił sprawdzić, jak słuszne jest jego stwierdzenie, zachowując przy tym choćby namiastkę kultury.
- No proszę, proszę. Naczelna kujonica Hogwartu we własnej osobie.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.
- Czego chcesz? - zapytała bez zbędnych wstępów.
- Pogadać, Granger - zaśmiał się, widząc jej nierozumiejące spojrzenie. - Czyżby szykowały się jakieś problemy w tej waszej Świętej Trójcy? Niebywałe.
- Nie wydaje mi się, żeby to była twoja sprawa, Malfoy.
- Ależ oczywiście, że to nie moja sprawa! Wybacz mi więc moją typowo ludzką ciekawość. Co więcej, wydaje mi się, że wszystko, co dotyczy naszych wybawicieli - powiedział, wkładając w ostatnie słowo nadnaturalnie dużą porcję jadu - dotyczy również nas, co w praktyce oznacza, że żyjemy waszym życiem bardziej niż swoim.
- Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek chciał żyć moim życiem - warknęła dziewczyna, chcąc jak najszybciej pozbyć się natrętnego, bawiącego się w najlepsze Ślizgona. - A nawet jeśli, to idę o zakład, że jutro i tak dowiesz się wszystkiego, przeglądając ten szmatławiec, dla którego pisze Skeeter.
- Trafiłaś, Granger. Wolę jednak wyciągnąć informacje od bezpośrednio zainteresowanej osoby. Takie plotki to perełki, więc opowiadaj, co ci tam na sercu leży.
Draco doskonale zdawał sobie sprawę z żądzy mordu w oczach Gryfonki, ale to było normalne. Mierzyła go takim wzrokiem odkąd się poznali, zdążył już przywyknąć.
Dziewczyna westchnęła cicho, jakby chcąc pozbyć się zalecającej ją od środka irytacji.
- Ludzie widzą to, co chcą widzieć, Malfoy - mruknęła. - A ja nie zamierzam udawać kogoś, kim nie jestem, nawet jeśli miałoby mnie to poprowadzić na pewną śmierć. Mówcie, co tam sobie chcecie. Oficjalna wersja będzie zapewne ciekawsza niż to, co wydarzyło się naprawdę. Już w ogóle, kiedy ludzie dowiedzą się, że upadłam tak nisko, by prosić kogoś o przysługę. Tym bardziej, że tą osobą jest taki palant jak ty.
Powiedziawszy to, podniosła się, otrzepując dłonie z piasku. Spojrzała mu w oczy, zastanawiając się, czy nie powiedzieć mu czegoś wybitnie niemiłego, w końcu jednak pokiwała głową, jakby pozbywając się natrętnych myśli i odeszła, zostawiając zaintrygowanego blondyna samego, w swoim ulubionym miejscu na błoniach.

Po powrocie do dormitorium, które od tej chwili miała dzielić tylko z Ginny, postanowiła wziąć prysznic i poczekać, aż rudowłosa dziewczyna wróci do pokoju. Hermiona musiała się komuś zwierzyć, by uniknąć sytuacji podobnej do tej, która miała miejsce tego dnia.
Kochała pannę Weasley jak siostrę, ale nawet jej nie pozwoliła do końca przebić się przez swoją skorupę. Wychodziła z założenia, że istnieją rzeczy, które lepiej zachować tylko dla siebie, pilnując, by nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Przez chwilę rozważała, czy rozmowa z Malfoyem nie należy do takiej właśnie kategorii, ale stwierdziła, że to byłaby już paranoja. Wszyscy przyzwyczaili się do jej kłótni z tym tlenionym arystokratą, traktując to niemalże jak porządek dnia codziennego.
Jedynym faktem, który zdecydowała się zataić nawet przez sobą samą było to, że poprosiła chłopaka, żeby dał jej spokój, zamiast warknąć na niego i wysłuchać, co ten ma jej do powiedzenia.
Próbując zrozumieć, co właściwie się wydarzyło, padła w objęcia Morfeusza.

Każdy koszmar był dla niej niczym labirynt - jej umysł nie potrafił go rozpracować, a każda próba dokonania tego kończyła się zderzeniem ze ścianą.
Bała się, że to nigdy się nie skończy. Nie dość, że musiała walczyć o swoje uczucia w rzeczywistym świecie, to niekończący się koszmar nie dawał jej ani chwili wytchnienia we śnie.
Westchnęła i poddała się torturom sennej wizji.
Było gorzej niż zwykle.
Macki ciemności sunęły po jej ciele, gdzieniegdzie rozrywając skórę i niczym pijawki zasysając krew.
Hermiona czuła się jak brykiet z węgla drzewnego. Jej ciało płonęło. Płonęło bólem, jakiego nie zaznała nigdy dotąd.
Wiedziała, że krzyczy, ale do jej uszu nie docierał żaden dźwięk, nie licząc szyderczego śmiechu mrocznej istoty.
Nie wiedziała, jak długo będzie w stanie walczyć z tym ogniem. Zdawała sobie sprawę z faktu, że łatwiej byłoby się mu poddać...
Cieknące z oczu łzy paliły jej skórę niemal tak mocno, jak to, co robiła z nią ciemność.

Kiedy Ginny wróciła z Pokoju Wspólnego, było już dawno po północy. Strasznie martwiła się o przyjaciółkę odkąd ta wybiegła z Wielkiej Sali, jednak Harry przekonał ją, żeby dała Hermionie chwilę spokoju. Panna Granger była powszechnie znana ze swoich dziwactw, nikt więc nie dziwił się, że dziewczyna chciała pobyć sama. Rudowłosa czuła jednak, że to jest coś więcej niż zwykłe przyzwyczajenie.
Niewiele brakowało, a Ginny rzuciłaby się na swojego brata z pięściami za to, że po raz kolejny zranił jej przyjaciółkę. Była zdania, że zwykły urok nie odda sytuacji tak dobrze, jak ogromny siniak na oku, będący skutkiem uderzenia w twarz. W porę jednak Seamus i Dean złapali ją za ręce, skutecznie ją obezwładniając, po czym z pomocą Harry'ego dopilnowali, by bezpiecznie dotarła do dormitorium. Pozwolili jej nawet na wypicie szklanki Ognistej, chcąc pomóc jej się odstresować i pohamować mordercze zapędy. Wybraniec trzymał ją w ramionach, kiedy płakała z troski o Hermionę i z wściekłości na Rona.
A teraz dziewczyna stała przy łóżku przyjaciółki, desperacko próbując ją obudzić.
Brązowowłosa Gryfonka krzyczała bez ładu i składu, młócąc przy tym rękami, a po jej policzkach spływały łzy. Cała ta postawa mówiła Ginny jedno: Hermiona ma kolejny koszmar.
Panna Weasley niemal pobiegła do łazienki, by napełnić wodą trzymaną w dłoni szklankę.
Wiedziała, że demony, z jakimi co noc zmagała się jej przyjaciółka, to nie przelewki, i że im szybciej ją obudzi, tym dla niej lepiej.
Wróciła do pokoju i niewiele myśląc wylała przezroczysty płyn na twarz brązowowłosej, szepcząc cicho: "obudź się, Mionka, daj sobie pomóc" i napełniając stojący na nocnej szafce kubek sokiem dyniowym.

Wtedy pojawił się kruk. Dziewczyna ledwo go widziała, ponieważ ból przytępił większość jej zmysłów.
Ptak błyszczał. Dosłownie. Jego drobna, czarna sylwetka emanowała blaskiem i mocą.
Bez wahania zaatakował w dalszym ciągu spijającą krew Gryfonki istotę, przecinając swoimi szponami kilka macek.
Ciemność uciekła, pozostawiając po sobie tylko płonący ból na ciele swojej ofiary.
Kruk usiadł na ramieniu Hermiony i przyglądał się, jak dziewczyna po mału popada w odrętwienie, a jej wzrok zachodzi mgłą.

Chwilę później przerażona panna Granger otworzyła oczy, z trudem łapiąc oddech.
Potrzebowała kilku minut, by uspokoić się na tyle, żeby przestać się bać i móc opowiedzieć Ginny o wydarzeniach minionego dnia i o swoim koszmarze.
Rozmawiały naprawdę długo.

- Ich chyba pogięło - jęknął Blaise Zabini, przyglądając się planowi zajęć, który przed chwilą wręczył mu Snape. - Prawie wszystkie lekcje mamy z Gryfonami!
Malfoy opluł się swoją owsianką, co Theodore Nott skwitował uniesieniem brwi.
- Jak to: z Gryfonami? - zapytał blondyn, wycierając usta wierzchem dłoni.
- Normalnie, panie Malfoy - mruknął Severus. - Profesor Dumbledore uznał, że lepiej będzie, jeśli prędko nauczycie się współpracy. No cóż, nie zawsze muszę się z nim zgadzać.
- Ale dlaczego akurat z nimi mamy współpracować, profesorze? - odezwał się Theo.
- W sumie lepsi oni niż Puchoni - szepnął teatralnie Zabini.
- Nawet debil wie, że od zawsze mamy na pieńku z wychowankami Gryffindora - wytłumaczył nauczyciel, puszczając słowa Blaise'a mimo uszu - a dyrektor życzy sobie, żeby nastąpił kres tych potyczek. Wielce cieszy mnie wasze entuzjastyczne podejście do sprawy.
Trzej Ślizgoni podążyli wzrokiem za opiekunem ich domu. Nie wiedzieli, że ich reakcja niemal całkowicie pokrywała się z reakcją Domu Lwa.
Chcąc nie chcąc, musieli podporządkować się woli starego Dropsa.

Hermiona stała pod klasą zaklęć, zawzięcie szukając czegoś w podręczniku. Bynajmniej tak mogłoby się wydawać. W rzeczywistości panna Granger znała ten podręcznik na pamięć, a teraz wykorzystywała go w roli bariery chroniącej przed światem.
- Nikt się na ciebie nie gapi - mruczała pod nosem uspokajająco. - Nikt nie czytał tego artykułu w gazecie. Nikt nie patrzy, spokojnie. Nikt... ach. Weź się w garść! - powiedziała trochę głośniej, po czym zakryła usta dłonią, zdając sobie sprawę z tego, że kilka osób słyszało ostatnią część jej wypowiedzi.

Istotnie, większa część uczniów czytała już artykuł Rity Skeeter, który był tak niezgodny z prawdą, że aż śmieszny. Jednak ludzie po przeczytaniu go zmieniali zdanie na temat tego, czego sami byli świadkami i zaczynali rozpuszczać coraz to bardziej niewiarygodne plotki.

Draco Malfoy znał tylko dwie wersje tego, co zdarzyło się poprzedniego dnia: tę, której źródłem jest Prorok Codzienny i tę opowiedzianą przez Diabła, więc jedynym, czego był w stu procentach pewny, było to, że Weasley dostał z liścia za nazwanie Granger szlamą. Nie spodziewał się, że szanowna Prefekt Naczelna jest zdolna zrobić coś takiego, mimo że na trzecim roku połamała mu nos. Prawdę mówiąc, zaczął się jej bać.

Widział, że zakrywała twarz książką, chcąc odgrodzić się od ciekawskich spojrzeń. Nie mógł odebrać sobie szansy na kolejne, publiczne upokorzenie tej Gryfonki, więc zabrał jej podręcznik i uniósł go wysoko do góry.
- Malfoy, idioto, oddaj mi tą książkę! - warknęła.
- Poproś.
- Słucham?!
- Słyszałaś, szlamciu. Poproś, a odzyskasz podręcznik.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.
- Powtórzę po raz ostatni: oddawaj książkę, królu tchórzofretek.
Draco spojrzał na nią z żądzą mordu. Przegięła. Sięgnął do kieszeni, szybkim ruchem wyciągając różdżkę.
- Jak śmiesz... przypominać... mi... o tym... cholernym... przypadku?! - wysyczał.
Draco wiedział, że robi źle, grożąc jej różdżką, jednak nie mógł się powstrzymać. Czuł, jak Zabini i Nott zaciskają palce na jego ramionach, próbując przywołać go do porządku.
Malfoy nienawidził być poniżany i każdy zdrowy na umyśle człowiek uważał, w jaki sposób wypowiada się o nim i jego rodzinie.
Hermiona postanowiła wziąć przykład z arystokraty i w jej dłoni teraz również znajdował się magiczny artefakt. Nie zamierzała atakować Malfoya, nie była głupia.
- Accio podręcznik - szepnęła tylko. Książka natychmiast wróciła do swojej właścicielki.
Wtedy pojawił się profesor Flitwick. Nie był zachwycony widokiem swoich uczniów, mierzących w siebie różdżkami.
- Panno Granger, panie Malfoy, co tu się wyrabia?! - uniósł rękę, by powstrzymać rychły potok słów. - Żeby rzucać zaklęcia na korytarzu! Gryffindor i Slytherin tracą po pięćdziesiąt punktów. Mam nadzieję, że to da wam do myślenia. A teraz zapraszam do klasy. Straciliśmy wystarczająco dużo czasu.
Hermiona po raz ostatni zaavadowała wzrokiem chłopaka. Przez niego stracili całe pięćdziesiąt punktów... Tak łatwo pozwoliła wyprowadzić się z równowagi. To do niej niepodobne.

Pierwszym, co zauważył Draco po wejściu do Wielkiej Sali, była obecność Olimpii Maxime i Wiktora Kruma, który po śmierci Karkarowa przejął opiekę nad Durmstrangiem. Potem doszedł do wniosku, że nauczyciele zachowują się jeszcze poważniej, niż zwykle, a przy niektórych stołach siedzą uczniowie innych szkół.
- Co jest? - zapytał, patrząc na Theodora. Jeśli już ktoś miał wiedzieć, co się dzieje, to był nim właśnie on.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem. McGonagall nic mi nie mówiła.
- Zaraz się dowiemy - mruknął Blaise, wskazując na podnoszącego się z krzesła Albusa Dumbledore'a.
- Uwaga! - krzyknął dyrektor.
Momentalnie zrobiło się cicho. Wszyscy ze skupieniem wpatrywali się w starego Dropsa, chcąc dowiedzieć się, o co znowu chodzi.
- Widzę, że wszyscy jesteście ciekawi tego, co mam wam do powiedzenia.
- Jeśli chce pan powiedzieć, że będzie pan ojcem, radzę od razu sobie odpuścić. I tak nikt w to nie uwierzy! - krzyknął Zabini.
Albus uśmiechnął się z politowaniem i uniósł rękę, chcąc uciszyć tych, którzy zaczęli się śmiać, po czym przybrał najbardziej poważną minę, na jaką było go stać i powiedział głośno:
- Otóż, mam zaszczyt ogłosić, iż w tym roku, dwoje uczniów naszej szkoły dostąpi ogromnego zaszczytu, jakim jest udział w międzyszkolnym turnieju!
Przez chwilę wszyscy milczeli, przyswajając sobie nowe informacje. A potem było już tylko głośniej.

---------------------
Cześć!
Powracam do Was z trzecim krokiem po ponad trzech tygodniach ciszy. Wybaczcie, że znów kazałam Wam czekać, ale dopiero wczoraj wena postanowiła się zlitować i mnie odwiedzić.
Notkę dodaję z telefonu, tak jak poprzednią, więc przepraszam za jakiekolwiek błędy. Myślałam, że nie zdążę z publikacją do pierwszej nad ranem. Cuda się zdarzają :)
Dziękuję za wszystkie komentarze, które dały mi tak bardzo potrzebną motywację do dalszej pracy. Jesteście wspaniali.
Co do rozdziału - mam przeczucie, że go popsułam, ale oceńcie sami.
Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam i że pod tą notką pojawi się kilka komentarzy ;)

No to co? Do następnej notki!
Całuję,
Naomi Stark

piątek, 6 lutego 2015

Krok drugi - by za ciebie podjęto decyzję.

Całą noc padał deszcz. Zamiast jednak o brzasku ustąpić miejsca wybudzającemu się ze snu słońcu, po prostu przybrał na sile.
Znikąd zerwał się wiatr, a pierwszy piorun przeciął nieboskłon, rozpoczynając kolejną burzę nad hrabstwem Wildshire.
Krople deszczu z nadnaturalną częstotliwością uderzały w okna pewnego dworku. Jego domownicy zdawali się jednak nie zwracać na to uwagi, tak bardzo pochłonięci byli kłótnią o treść listu, którego w ogóle nie powinni byli otworzyć.
- On musi wrócić do szkoły, Narcyzo! - zagrzmiał Lucjusz Malfoy, uderzając otwartą dłonią w stół. - To nie podlega dyskusji.
Narcyza spojrzała na męża z powątpiewaniem. Co prawda, podzielała jego troskę o syna, ale była też zdania, że Draco jest na tyle dorosły, by samodzielnie podejmować tego typu decyzje.
- A jeśli odmówi? - zapytała cicho, obawiając się reakcji mężczyzny.
Lucjusz spiął się nieco, jakby nie dopuszczając do siebie takiej możliwości.
- Jestem skłonny go do tego zmusić, jeśli zajdzie taka potrzeba. Honor naszej rodziny i bez jego humorków jest w stanie krytycznym. A Draconowi korona z głowy nie spadnie, jak wróci do Hogwartu. Jestem pewny, że nasz syn zyska na tym więcej, niż straci - odpowiedział po chwili.
Kobieta zacisnęła usta.
- I tak nic nie jest w stanie zmienić twojego toku myślenia, prawda? - skapitulowała, wzdychając nad oślim uporem swojego męża.
Pan Malfoy uśmiechnął się, nie kryjąc satysfakcji, jaką dała mu wygrana konfrontacja z żoną.
Twierdząco pokiwał głową.
- Tak myślałam - mruknęła Narcyza, z dumą opuszczając pomieszczenie i kierując się w stronę pokoju syna. Była ciekawa, jak Draco zareaguje na fakt, że po raz kolejny ojciec zdecydował za niego, skazując go tym samym na powrót do szkoły.
Uśmiechnęła się w duchu, mając nadzieję, że chłopak nie rzuci w nią poduszką, gdy tylko stanie w progu jego sypialni. Naprawdę nie lubił być budzony.

Pierwszym, co obiecał sobie Draco, kiedy tylko otworzył oczy, było zabicie tego, kto wymyślił wstawanie o świcie. Potem jednak stwierdził, że najpierw policzy się ze swoją matką, która nie dość, że zabrała mu kołdrę, to jeszcze wylała na niego wodę z wazonu, pozbywając się uprzednio znajdujących się w nim kwiatów, po czym wyszła, rzucając tylko krótkie "za chwilę masz być na dole" tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie trzeba było mówić mu dwa razy. Przewrócił się na drugi bok i po prostu leżał. Lubił uczucie towarzyszące wybudzaniu się ze snu i chciał, by zostało z nim jak najdłużej. Nie przejmował się nawet tym, że i poduszka i prześcieradło były mokre od śmierdzącej wody po kwiatach, które kilka dni temu Narcyza przyniosła mu z ogrodu twierdząc, że najwyższy czas wnieść życie w dotychczas ciche i martwe mury Malfoy Manor.
Chcąc nie chcąc, podniósł się z łóżka i skierował się w stronę łazienki, po drodze łapiąc za ubrania przewieszone przez oparcie fotela.
Zastanawiało go, co się wydarzyło, że matka zadała sobie tyle trudu, by wywalić go z łóżka.
Życie w mroku nauczyło go, że zawsze jest jakiś powód.
  
Ojciec zaskoczył go najnegatywniej jak tylko mógł. Chłopak nadal nie mógł uwierzyć w swojego pecha.
Lucjusz jednym, kilkakrotnie złożonym zdaniem, przekreślił jego plany na cały następny rok.
Nie sprzeciwił się ojcu, to chyba oczywiste. Wysłuchał jego szalenie ważnego wywodu o honorze rodziny i innych bzdurnych, wyssanych z palca ideach, przyświecających im od wieków, które w całej swej mądrości mówiły Draconowi tyle, że po wtorku jest środa, a rano wschodzi słońce, by zajść wieczorem i pojawić się następnego dnia. Sytuacja była nieciekawa, a młody Malfoy szybko się denerwował. Zacisnął dłonie w pięści czekając, aż Lucjusz pozwoli mu odejść.
Chciał wrócić do swojego pokoju, wysłać sowę do Zabiniego i upić się Ognistą Whisky tak, by nazajutrz niewiele pamiętać. Zanosiło się jednak na to, że Ślizgon będzie musiał porzucić swoje plany i zaciągnąć przyjaciela na Pokątną. Odkąd oznajmiono mu, że wraca do szkoły, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że lato kończy się w zadziwiająco szybkim tempie.
- I tak wiem, że mnie nie słuchasz, Draconie - powiedział Lucjusz, przerywając swoje kazanie. - Idź już. To wszystko, co mam ci do powiedzenia w tej chwili.
Draco z ulgą przyjął słowa ojca. Wstał i bez słowa ruszył do swojej sypialni. Chciał jak najszybciej załatwić sprawy związane z nauką, by na sto jeden procent wykorzystać ostatnie dni wolności.
Jedno machnięcie różdżką wystarczyło, by w jego dłoni znalazło się pióro. Potem przywołał kolejno pergamin i atrament. Niezwłocznie rozpoczął pisanie.
Liścik był krótki. Nie zawierał więcej niż musiał, co w praktyce oznaczało, że na karteczce nie było nic, oprócz informacji o godzinie i miejscu spotkania.
Malfoy nie zapomniał też o tym, że należy się podpisać. Co prawda, szanse na to, że Diabeł nie rozpozna jego charakteru pisma, były tak samo wielkie jak na to, że Trelawney wywróży coś sensownego, ale kultura nakazywała mu to zrobić. Poza tym, całość wyglądała wówczas lepiej.
Wsunął zapisany pergamin do koperty, po czym przywiązał całość do nóżki małej, śnieżnobiałej sowy.
Otworzył okno, a zwierzątko wzleciało w powietrze, zostawiając go samego.
Draco rzucił się na łóżko w oczekiwaniu na odpowiedź przyjaciela. Przymknął oczy. Chwilę później znajdował się już w objęciach Morfeusza.
Obudził się, czując na ustach coś lepkiego. Otworzył oczy i poniósł głowę.
- Kurde, człowiekowi już nawet nie wolno porządnie wyspać się we własnym domu! - wrzasnął, mierząc półprzytomnym wzrokiem śmiejącego się w najlepsze Blaise'a Zabiniego.
Szybko przetarł ręką wargi. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że tym, co przyjaciel nałożył mu na usta, była damska, wściekle czerwona szminka, wściekł się, chociaż sam musiał przyznać, że sytuacja była komiczna. Wybuchnął śmiechem i uderzył przyjaciela w ramię.
- Musiałem wyglądać jak pajac - mruknął Draco.
Przyjaciel spojrzał na niego i wzruszył ramionami.
- Ta szminka była całkiem niezła, czego niestety nie mogę powiedzieć o tych obrzydliwych, w żadnym wypadku niepociągających kocich uszach, które masz na głowie - czarnoskóry Ślizgon wyszczerzył zęby w uśmiechu, przyglądając się, jak Malfoy piorunuje go wzrokiem i ręką sięga we włosy. - Żałuję, że nie zrobiłem ci zdjęcia. Byłeś naprawdę przystojną kotką...
- Zabini! - krzyknął Draco i z przerażeniem spojrzał w lustro. Jak to możliwe, że nie obudził się wcześniej?
Szybko pozbył się "kociego" wyglądu i - nie zaszczycając przyjaciela chociażby nienawistnym spojrzeniem - opuścił pomieszczenie.
Diabeł śmiał się jeszcze chwilę, po czym podążył za przyjacielem.
- Czyżby nasza kicia strzeliła focha? - zamiałczał Blaise, doganiając Dracona w korytarzu.
- Wal się, Zabini.
- Ale tak teraz? - zapytał, mrugając do niego zaczepnie. Naprawdę ciężko było go spławić.
Malfoy nie wytrzymał. Przyspieszył kroku, by po chwili znaleźć się przy kominku w salonie.
- Przypomnij mi, dlaczego nie możemy się teleportować? - narzekał Blaise.
- Bo moja matka sobie tego nie życzy - wyjaśnił Draco, nabierając w dłoń magicznego proszku.
Wziął uspokajający oddech i wrzucił błyszczący proszek w ogień, by chwilę później wstąpić między szmaragdowozielone płomienie.
- Ulica Pokątna - rzucił, wyraźnie akcentując każde słowo.
Nienawidził podróżować za pomocą sieci Fiuu. Choć wiedział, że jest to sposób szybki i sprawdzony, nigdy nie był pewien, czy zdąży zatrzymać się w odpowiednim momencie i wyjść właściwym rusztem.
Tym razem mu się udało. Zamrugał kilkakrotnie, chcąc pozbyć się z oczu kominkowej sadzy. Otrzepał też ubrudzone dymem ubranie.
Wtedy z kominka w Dziurawym Kotle wyszedł również Zabini, kaszląc głośno i klnąc jak szewc.
- Jak ja nienawidzę tego dziadostwa! - jęknął, odzyskując głos i poszedł za Malfoyem, który stał już przy przejściu na czarodziejską ulicę.
Draco nie zwracał uwagi na przyjaciela. Zamiast tego wyciągnął różdżkę i zrobił to, co zawsze. Bez problemu zidentyfikował odpowiednie cegły.
Chwilę później ściana rozsunęła się, wpuszczając Ślizgonów na przepełnioną ludźmi ulicę Pokątną, która pomimo siejącej zniszczenie wojny, która skończyła się całkiem niedawno, nadal wyglądała tak samo.
Chłopcy w tym samym czasie wyciągnęli wykazy podręczników i zgodnie skierowali się w stronę Esów i Floresów.
- Ginny, naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie możemy zrobić tego jutro - jęknęła Hermiona, podążając za przyjaciółką w stronę apteki. - Naprawdę wolałabym spędzić ten dzień w pokoju, ubrana w tą twoją okropną, zieloną piżamę w grochy, którą zawsze ubierasz, kiedy masz zły humor po zerwaniu z chłopakiem...
- Nie ma mowy - syknęła Ginny. - Kupujemy to obrzydlistwo na eliksiry i idziemy do Malkin. Kupimy ci jakąś sukienkę, a potem poprawimy markowymi szpilkami. O wizycie u jubilera już nawet nie wspominam, to oczywiste, że i tam zostawimy górkę galeonów. Koniec zabawy, Granger.
Brązowowłosa uniosła brew.
- Granger? Czy ty właśnie zwróciłaś się do mnie po nazwisku, Ginewro?
- Ależ tak. I nie nazywaj mnie Ginewrą! Zrobię z ciebie kobietę, niech mój brat wie, co stracił. Jeszcze będziesz mi dziękować, zobaczysz.
Hermiona prychnęła cicho wiedząc, że sprawa jest przegrana. Ginny i tak zrobi z nią, co chce, wzbudzając w niej wyrzuty sumienia. Zawsze tak było, jest i będzie. Czas mija. Przyjaciele odchodzą i zostają. Pojawiają się nowi. Póki co, panna Granger wolałaby jednak nie stracić kolejnej bliskiej swojemu sercu osoby.
Wyszły zza rogu. Hermiona była tak bardzo zaabsobrbowana swoimi myślami, że nie zauważyła wystającego z drogi kamienia i bez wątpienia przewróciłaby się, gdyby ktoś jej nie złapał. Podniosła głowę i spojrzała w oczy swojego wybawiciela, który również zdawał się być zaskoczony. Momentalnie od niego odskoczyła.
Chłopak uśmiechnął się drwiąco.
- Ciebie również miło widzieć, Granger.
- Czego od niej chcesz, Malfoy? - warknęła Ginny zza pleców przyjaciółki.
- Jakbyś jeszcze nie zauważyła, ruda Wiewiórko, ona sama rzuciła się Smokowi w ramiona - odpowiedział jej Zabini, puszczając Hermionie oczko.
Panna Granger policzyła w myślach do dziesięciu, po czym złapała za rękę młodszą Gryfonkę.
- Aż tak zdesperowana na pewno nie jestem - uśmiechnęła się słodko i odeszła, ciągnąc za sobą Ginny, która właśnie sztyletowała Ślizgonów wzrokiem.
- Lwica ma pazurki - zagwizdał Zabini, nadal patrząc w punkt, za którym zniknęły dziewczyny.
- Nikt nigdy nie wkurzył mnie tak bardzo jak ona przez te wszystkie lata. Nienawidzę myśli, że będę musiał użerać się z nią przez kolejny rok. Ojciec musi mnie bardzo kochać, skoro skazał mnie na takie katusze - mruknął sarkastycznie.
Chłopcy wrócili do robienia zakupów. Draco chciał już wrócić do domu. Granger skutecznie obrzydziła mu wizytę na Pokątnej.
Lato nieubłaganie mknęło ku końcowi. Ginny i Hermiona spędziły ostatnie dni, pomagając Molly w opiekowaniu się domem, wygłupiając się przy tym tak, jakby miały po osiem lat. Dużo rozmawiały.
Brązowowłosa dziewczyna nauczyła się nosić sukienki i robić lekki makijaż, choć nadal nie była do tego przekonana. Wiewiórka jednak z zapałem podchodziła do sprawy, planując w myślach, jak krok po kroku zmieni Hermionę w pewną siebie i swoich atutów młodą kobietę.
Malfoy i Zabini przez większość czasu albo pili, albo leczyli kaca. Co wieczór chodzili na imprezy, bawiąc się, jakby jutra miało nie być.
Jutro jednak było. I pojutrze. I popojutrze też. Mijały dni. Mijały noce.
Aż wreszcie sierpień się skończył, a wraz z nim skończyły się wakacje.
Przekraczając magiczną barierę, prowadzącą na peron 9 i 3/4, Draco zastanawiał się, jak będzie wyglądał ten rok. Oczywiście pewien był tego, że będzie ciężko już od pierwszych chwil. Obawiał się rzeczy gorszych od najgorszych.
W pociągu zajął wolny przedział oczekując, że reszta niebawem do niego dołączy. Blondyn pamiętał ostatnią podróż tym pociągiem aż za dobrze. To ona wniosła światło w jego myśli i pomogła mu uwolnić się z rąk Czarnego Pana. Pamiętał swoje wątpliwości, pamiętał, jaką później miał satysfakcję. Nie żałował swojej decyzji.
Szybko znalazł sobie towarzystwo. Właściwie nie musiał go szukać, bo znajomi sami się do niego dosiadali.
Podróż minęła mu naprawdę szybko. Śmiał się, dogryzał Zabiniemu i słuchał plotek, które już zaczęły roznosić się po pociągu.
Jednak dopiero dotykając godła Slytherinu, wyszytego na czarnym materiale szaty, poczuł, że trafił tam, gdzie trafić powinien.
Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji w Hogsmead, złapał swój kufer, miotłę i klatkę z sową, by po chwili znaleźć się na peronie.
Razem z Zabinim wsiedli do pierwszego wolnego powozu. Draco przyglądał się Testralom.
Teraz pewnie widzą je wszyscy, którzy walczyli w bitwie - pomyślał, po czym skupił się na rozmowie z Diabłem, o niebawem rozpoczynających się meczach Quidditcha.

Hermiona wpatrywała się w szkołę z zachwytem.
Zamek został odbudowany, tchnięto w niego nowe życie. Wygląd budynku niewiele się zmienił. Najważniejszą jednak zmianą była ściana poświęcona poległym - oddano im hołd, uwieczniając ich nazwiska na jednym z murów Hogwartu tak, by nigdy o nich nie zapomniano.
Wnętrze szkoły wyglądało, jakby wojna nie miała miejsca. Wystrój, nie licząc kilku nowych obrazów, niczym nie różnił się od tego, który znała i pamiętała.
Nie spodziewała się, że powrót w to miejsce tak bardzo ją wzruszy.
Poprawiła odznakę Prefekta Naczelnego, dumnie prezentującą się obok herbu Gryffindoru, który zawsze dodawał jej odwagi i z wysoko uniesioną głową wkroczyła do Wielkiej Sali.
Kiedy usiadła przy stole Gryfonów poczuła, że coś jest nie tak. Nie musiała długo myśleć, by zlokalizować problem.
Ron Weasley przyciągnął ją do siebie i już zamierzał ją pocałować, jednak dziewczyna okazała się  szybsza.
Podniosła się z miejsca i wymierzyła mu policzek. Nie chciała jego bliskości. Nie po tym, co zrobił.
Rudzielec syknął z bólu.
- Nigdy więcej nie próbuj mnie pocałować, Ronaldzie - powiedziała Hermiona najbardziej jadowitym tonem, na jaki było ją stać.
Wszyscy na nich patrzyli, czekając na dalszy rozwój zdarzeń.
- Miałaś utrzymać pozory. Ten jeden raz zrobić to, czego chcę ja, a nie to, czego chcesz ty. Zawiodłem się na tobie, Granger. Jednak szlama zawsze będzie szlamą. Dziwię się trochę, że przez tyle lat zachowywałaś się tak, jakby w twoich żyłach płynęła czysta, pełna magii krew - stwierdził Ron, z okrucieństwem patrząc jej w oczy.
  
Hermiona nie wytrzymała. Po prostu wybiegła, nie chcąc pokazać mu, jak bardzo ją zranił.
Przyłożyła dłoń do ust i pozwoliła łzom płynąć.
Usłyszała czyjeś kroki. Odwróciła się i uniosła rękę, chcąc zatrzymać osobę, która patrzyła na nią z ciekawością.
- Błagam, Malfoy, odpuść - szepnęła, tracąc resztki swojej gryfońskiej godności.
Uciekła z zamku, a Ślizgon wyszedł za nią, choć sam nie wiedział, co nim kieruje.
---------------------
Hej! :)
W Wasze ręce oddaję drugi krok i przepraszam, że kazałam Wam czekać na niego tak długo. Mam nadzieję, że nie zawiodłam.
W rozdziale dzieje się w sumie niewiele, ale bardzo się starałam. Ciężko pisze się bez weny. Ta notka nie pojawiła się jednak bez powodu.
Chciałabym w ten sposób podziękować Wam za 2000 wyświetleń i wszystkie komentarze pod rozdziałem i prologiem - to właśnie one dały mi motywację potrzebną do napisania tego rozdziału, który może nie jest idealny, ale pisany z sercem.
Dziękuję Alivers Malfoy z bloga zaufajswojemusercu.blogspot.com - to ona pomogła mi trochę ulepszyć niektóre momenty c:
Dziękuję też za trzy nominacje do LBA. Odpowiem na nie, kiedy znajdę wolną chwilę :)
Co jeszcze...
W komentarzach wspominacie o wyglądzie bloga. Wiem, że nie jest on zbyt ciekawy, ale chwilowo zostałam bez komputera (tak, właśnie publikuję notkę z telefonu) i nawet nie mogę tego poprawić. :/ Zajmę się tym jak tylko będę miała okazję.
Mam nadzieję, że zostawicie po sobie komentarze. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wiele znaczy dla mnie Wasza opinia.
I nie bójcie się zakończenia rozdziału! To nie jest jedno z tych Dramione, których bohaterowie od razu rzucają się sobie w ramiona c:
Pozdrawiam,
Naomi Stark

Obserwatorzy